CO ZROBIONO Z MIŁOŚCIĄ...
Na czymkolwiek tzw. „religia” odciśnie swoje piętno, to ulega skażeniu i zepsuciu. Najpierw oczywiście odcisnęła ona swe piętno na religii prawdziwej, polegającej na dzielnej wierności własnemu Duchowi Najwyższego w samej praktyce życia, będącej modlitwą czynem, przeciwstawną obłudnym deklaracjom miłości, mechanicznemu poruszaniu wargami ku czci takiego czy innego Najwyższego Ducha, czyli bożka-atrapy, służącego interesom kapłanów, a właściwie wszystkim władcom i tyranom. Skutecznie zablokowała ona naszą wierność samym sobie, temu, co Najwyższe w nas. Ten kult bożka-atrapy zepsuł i nadal psuje miłość dwojako: najpierw sam przez się, wypaczając ją w miłość perfidną i zwodniczą, wrogą miłości cielesnej (apoteoza dziewictwa, celibat), a następnie wtórnie, gdyż ta krańcowość rodzi przeciwstawną krańcowość: miłość ohydną, zbrodniczą.
Podczas gdy księga religii złej, demonicznej, Biblia, uczy, że Bóg jest miłością, to ateista Ludwik Feuerbach twierdził, że miłość jest Bogiem. Przecież miłość jest najważniejszą i najcenniejszą dla nas, a zarazem najlepiej znaną rzeczywistością. Dlatego ma ona prawo być szczera i wolna, piękna i godna. Ale Feuerbacha surowo ukarano za to, że powiedział prawdę w obronie miłości: pozbawiono go kariery akademickiej i skazano na śmierć cywilną. Tak urządza świat Demon „religii” fałszywej, kapłańskiej... Na pewno i autor tych słów zostanie podobnie ukarany za obronę miłości (tym bardziej, że już jest surowo karany za obronę prawdziwej religii), ale, ludzie kochani, jak długo miłość ma być skażona i zrównywana z perfidią i ohydą?
Doświadczenie uczy, że Bóg nie jest miłością, ale i miłość nie jest Bogiem. Poza tym nie ma pewności, czy w ogóle istnieje jakiś Bóg, ale łatwiej nam żyć z wiarą, że istnieje On jako niepojęta INTELIGENCJA i MOC, której poznać nie możemy, z tej prostej przyczyny, że należy do niedostępnej naszemu poznaniu, choć równie naturalnej, sfery rzeczywistości. Jak minerały nie poznają istoty życia, roślin, tak rośliny nie poznają istot zwierzęcych, a zwierzęta istoty człowieczeństwa, tak my nie możemy poznać istot czy Istoty istotnie wyższej niż my. Ale możemy swoją wiarę w tę Istotę wspierać założeniem, że zespół znanych nam praw Wszechświata i Ludzkości, będących zarazem cennymi darami tych naszych wielkich Rodziców, jest przejawem tej Istoty, którą od czasów Plotyna i Jana Szkota Eriugeny (wiek IX) nazywano „naturą nie stworzoną, a stwarzającą”, my zaś należymy do sfery „natury stworzonej i stwarzającej”. System Eriugeny był typowo emanacyjny, bo autor pojmował świat jako konieczny wytwór rozwoju bożego, i był panteistyczny, bo przyjmował, że świat wywodzi się z Boga, że Bóg jest istotą wszechrzeczy, że jest „wszystkim we wszystkim”. Wszakże ów panteizm obecnie okazuje się wątpliwy, gdyż wiemy, że nasz Wszechświat powstał w drodze Wielkiego Wybuchu mikroskopijnej cząsteczki o niewiarygodnej masie, w temperaturze o biliony bilionów razy przekraczającej temperaturę wnętrza Słońca. Wypada nam wierzyć, że ta „natura nie stworzona a stwarzająca” różni się od naszego Wszechświata, który nie jest wieczny, bo skoro miał początek, to i koniec mieć będzie, a wieczny Stwórca będzie istniał nadal i może stwarzać kolejne Wszechświaty. Niemniej przenika On nasz Wszechświat i Ludzkość utworzoną z części tegoż Wszechświata jako biblijna Ewa z żebra Adamowego, toteż wszystkie ich prawa są naszymi prawami. Są to: prawo autonomii, którym radujemy się jako wewnętrznie doznawanym darem wolności; prawo jakościowego rozwoju od wrzącej plazmy do naszej osobowości i duchowości, którego podmiotowo doświadczamy jako twórczej idealizacji; zaś ze strony Matki-Ludzkości cieszymy się prawem empatii oraz prawem zalążkowej, wrodzonej osobistej kultury. Są też i inne prawa-dary, na przykład fizyczne prawo grawitacji, bez którego nie moglibyśmy celowo się poruszać, przemieszczać, pracować.
Otóż splot tych praw-darów naszych wielkich Rodziców jest naszym Duchem Najwyższego, który rodzi naszą miłość i jest jej pierwszym i najważniejszym przedmiotem. Nie tamten, przypuszczalnie istniejący, nieznany nam Stwórca, w którego jakoś tam wierzymy i tą wiarą tłumaczymy sobie istnienie świata, ale ten właśnie nasz Duch Najwyższego, którego doskonale znamy, bo wciąż podmiotowo, „sercem” doświadczamy, jest naszym nieodstępnym Bogiem, dzięki któremu, poprzez którego i dla którego kochamy wszystko inne. Głównym źródłem naszej miłości jest twórcza idealizacja, bez której nie byłoby szlachetnej miłości do partnera seksualnego i nie byłoby biologicznego rozwoju naszego ludzkiego gatunku. Nie byłoby też twórczości, zatem nie byłoby techniki, architektury i sztuki, przemysłu i wszystkiego, co nam ułatwia życie, czym możemy się cieszyć i chlubić. A nawet nie byłoby złudnych, mitycznych bóstw i naszej miłości do nich.
Ale oszołomieni tą złudną miłością ludzie postępują perfidnie, przewrotnie, bo swoją miłość, której źródłem i pierwszym adresatem jest własny Duch Najwyższego, który wymaga wierności w praktyce życia, czyli miłości w czynie, pojmują błędnie jako miłość do jakiegoś Najwyższego Ducha, mitycznego Boga, który wymaga oszałamiającej wiary i i modlitwy słownej, świątynnego kultu nabożeństw, uroczystych gestów. Z tym wiąże się mniemanie, że ten Bóg (bożek-atrapa kapłanów) pragnie wyłącznie kultu duchowego, a brzydzi się tym, co cielesne. Wpojone przez „religie” poczucie „grzeszności” aktu seksualnego nakazuje partnerom usprawiedliwiać się przed własnym sumieniem irracjonalnym popędem wyrażającym się w zwierzęcej seksualnej grze: samica ucieka, a namiętny samiec goni ją i siła zdobywa – gdyż po ludzku, zgodnie i świadomie wykonany akt seksualny byłby - „grzechem”. Jest to mniemanie złudne, perfidne, bo prawdziwy Bóg – nasz Duch Najwyższego – nade wszystko żąda wierności prawu wielkiej Matki-Ludzkości, miłości pełnej, duchowo-seksualnej, służącej prokreacji. Tą perfidią jest skażony celibat księży i zakonników, złudna apoteoza dziewictwa. Można oczywiście nie wchodzić w związki małżeńskie, ale nie wolno łudzić siebie i innych, że to jest milsze Bogu. Tym bardziej, iż znane są potworne skutki celibatu: różne wynaturzenia, jak na przykład regularny onanizm, homoseksualizm, pedofilia itd.
W walce o miłość szczerą i szlachetną, a zdrową i płodną, trzeba również poddać krytyce i usunąć z programów szkolnych apoteozę miłości romantycznej, nieszczęśliwej. Na to miejsce należy wprowadzić przedmiot wdrażający do mądrej miłości duchowo-cielesnej, a nie tylko zwierzęce w istocie „wychowanie seksualne”.
Jeżeli miłość jest najwyższą wartością uszlachetniającą człowieczeństwo, to wszelkie zohydzenie jej jest autentyczną zbrodnią. Miewa to miejsce wtedy, gdy akt seksualny nie jest konsekwencją partnerskiej miłości, ale jest brutalnie wymuszany, wykonywany ze wstrętem dla korzyści materialnych lub dla wypełnienia takich lub innych wyznaniowych obowiązków. A szczytem zbrodniczego zohydzenia miłości jest gwałt.
Niewątpliwie główną formą miłości ohydnej jest prostytucja. O ile jej przyczyną jest ubóstwo, konieczność tego typu „zarobkowania”, o tyle ważne są sposoby umożliwienia młodym kobietom uczciwej pracy zapewniającej znośne warunki życia. Ale cóż, większość kobiet uprawiających ten proceder marzy o nadprzeciętnym luksusie i bogactwie. W takich przypadkach ujawnia się brak wychowania do wszechstronnej kultury osobistej, a w szczególności brak rozwinięcia miłości idealnej w wieku młodzieńczym.
Ktokolwiek ma jakąś wiedzę na temat zepsucia i frustracji dzisiejszej młodzieży, ten przyzna, że unieszczęśliwia ją płytkość współczesnej kultury młodzieżowej. Na przykład z książki Marka Harnego Lekcja miłości (Warszawa 2003, stron 380) można się dowiedzieć, że uczniów szkoły uważanej za najlepszą w Krakowie, naprawdę interesują tylko dwie rzeczy: seks i narkotyki. Głównym wątkiem jest romans ucznia z polonistką, kobietą zamężną, bynajmniej nie platoniczny.
Zarówno „nauka religii”, jak i „etyka świecka”, pomimo iż ubocznie zahaczają o problematykę kultury osobistej, wywodzą się z Biblii, toteż popełniają ten kapitalny błąd, iż nakazują miłość mitycznego Boga nade wszystko („religia”), a bliźniego swego jak siebie samego (etyka), podczas gdy całe dzieje ludzkości świadczą o tym, że każdy człowiek przede wszystkim i najbardziej kocha samego siebie, ściślej: swoje realne „Ja”, a w najlepszym razie swoje idealne „Ja” rozwijające się pod wpływem własnego Ducha Najwyższego, a nakazywanie mu miłowania mitycznego Boga nade wszystko, zaś bliźniego jak samego siebie, jest błędem psychologicznym. Jeśli ludzie łączą się w grupy, organizacje, małżeństwa, to dla łatwiejszego zaspokajania swoich potrzeb i ambicji. Dopiero gdy emocjonalnie utożsamią się z kimś lub czymś, zdolni są dla swej miłości nawet do ofiary z życia. Ale nigdy dla miłości nakazanej!
Powyżej broniliśmy miłości wąsko pojętej, stojącej na straży biologicznego trwania i rozwoju naszego ludzkiego gatunku, ale przecież obok niej istnieje nie mniej ważna miłość w szerokim sensie, przejawiająca się w praktycznych stosunkach między ludźmi jako sprawiedliwość, życzliwość, uczynność, a nawet ofiarność dla dobra innych, naszego otoczenia. Ta miłość również jest niszczona przez wszelkie demoniczne „religie”, pogrążana w zwodniczej perfidii i zbrodniczej ohydzie, czego wybornym przykładem, symbolem wprost było modlenie się za ludzi palonych na stosie za uczciwe, rozumne myślenie, ludzi osądzonych przez kler jako heretyków lub czarownice. Czym było to „nabożne” mielenie językami i poruszanie wargami wobec nieopisanych męczarni w ogniu? A skazywano na męki na podstawie Biblii, księgi najeżonej fałszami i sprzecznościami, jak na przykład między twierdzeniem Pawła, że zbawcza jest tylko wiara, a nie uczynki (Rz. r. 9 w. 30), a twierdzeniem ap. Jakuba, że wiara bez uczynków jest martwa (r. 2 w.14)
Generalnym sposobem obrony miłości zarówno przed zwodniczą perfidią, jak i przed zbrodniczą ohydą we wszystkich jej postaciach, jest metodyczne wychowanie w autentycznej religii, rugujące „religię” demoniczną, a także wdrożenie do wszechstronnej kultury osobistej rugujące brutalny, zwierzęcy seks. Nieodzownymi materiałami do tych celów są niektóre moje książki, np. Mit raju i raj mitu (Wyd. Naukowe Instytutu Filozofii UAM w Poznaniu, Poznań 1993); Jaka religia, taki świat (Abrys, Kraków 2000); Zmierzch ery mitologii, świt ery religii, Abrys 2006); Prawdziwa pobożność: podatność na szczęście (Abrys 2007. Do celów wdrażania do wszechstronnej kultury osobistej najlepsza byłaby rozprawa Humanizacja kultury. Stopnie kultury osobistej (US, Rozprawy i Studia T.CLXXI.97, Szczecin 1991),ale wymaga ona nowelizacji i wydania normalnym drukiem. Książki te są dostępne w znaczniejszych bibliotekach.
Kraków, 27 grudnia 2008 r. Stanisław Cieniawa