MIŁUJĄCY MĄDROŚĆ – IDOLE, MIŁUJĄCY PRAWDĘ – GŁUPOLE?


Etymologicznie biorąc filozof to człowiek miłujący mądrość, zatem w powszechnym rozumieniu człowiek, który umie żyć. Wobec tego człowiek miłujący prawdę i wierzący w nią jako potęgę, która zawsze zwycięża, choćby po jego śmierci, jest jaskrawym przeciwieństwem filozofa, gdyż w powszechnym rozumieniu – nie umie żyć. Walcząc o prawdę, choćby oczywistą, naraża się wszystkim naokoło, skazuje się na dyskryminację i osamotnienie, a niekiedy nawet na tortury i śmierć. Filozof natomiast nie identyfikuje się z prawdą, ale z grupą ludzi, koterią, obozem myślących podobnie jak on. Dlatego filozofowie, szerzej biorąc, mądrzy myśliciele, od zarania dziejów dzielą się na wrogie obozy: idealistów typu Platona i Plotyna oraz materialistów typu Demokryta i Epikura; na teistów i ateistów; na tych, którzy uznają rzeczywistość nadprzyrodzoną i tych, którzy jej nie uznają; na wierzących i nie wierzących w cuda, nie mówiąc już o pomniejszych polaryzacjach, jak na przykład między nacjonalizmem a kosmopolityzmem. Mając historyczne zaplecze, poparcie narodowe czy polityczne, tytuły i wysoką pozycję społeczną a nierzadko i bogactwo, filozofowie bywają idolami – to jest osobami będącymi obiektem szczególnego podziwu graniczącego z kultem. Zgoła inaczej wiedzie się bojownikom o prawdę, naruszającą do bólu myślowe stereotypy i ukochaną tradycję, a w związku z tym najżywotniejsze interesy. Doznaje tego czasem i filozof, gdy chwilowo „głupieje” dla odkrytej prawdy jako kochanki, dlatego z reguły wraca do „ślubnej żony” – mądrości. Ale czy zaślubiny z prawdą są – pomimo wszystko – głupotą? Rozważmy to na wybranych przykładach.


Chyba najważniejszą i najostrzejszą sprzecznością jest sprzeczność między dwoma obozami: wierzących w Boga i nie wierzących w niego. Osobiście głęboko i żarliwie wierzyłem w katolickiego Boga do drugiego roku studiów teologicznych. Na trzecim i czwartym roku byłem już jednym z wielu niewierzących, ale w odróżnieniu od innych zrezygnowałem z wyższych święceń. Już tu ujawnił się mój wybór: nie mądrości w sensie życiowego sprytu, ale – PRAWDY. Potem jako magister-polonista i doktor filozofii przepracowałem około trzydziestu lat w szkołach średnich i wyższych, ale moją pasją życiową była (i jest) filozofia religii. Pytałem tak: jeśli Bóg jest największym dobroczyńcą dla ludzi, to jak oni tego doświadczają, jak to przejawiają? Z góry wykluczyłem wszystkich bogów fikcyjnych, rzekomo wszechmocnych i zarazem dobrych nieskończenie, bo ich istnienie jest niemożliwe, tak wobec faktu istnienia zła i cierpienia, jak i wobec ich wielości, konkurowania między sobą. Taką fikcję w różnych postaciach nazwałem NAJWYŻSZYM DUCHEM i przeciwstawiłem mu naszego rzeczywistego DUCHA NAJWYŻSZEGO, to jest uniwersalne dążenie, inklinację i poryw ku temu, co Najwyższe, Optymalne w danych okolicznościach. Przecież to dążenie i poryw, dla którego jesteśmy zdolni do największych trudów i ofiar, który rodzi wszelką aktywność, twórczość techniczną, artystyczną i kulturalną, jest Duchem oczywistym, a najbardziej dobroczynnym, zatem on zasługuje na nazwę Boga, a nie żadne urojenia i fikcje. Tym bardziej, że te wszystkie urojenia, czyli różne postacie Najwyższego Ducha, są tworami naszego Ducha Najwyższego w beznadziejnych warunkach. Ma zatem częściową rację prof. Zdzisław Cackowski, gdy twierdzi, że ludzie w takich warunkach wierzą w rzeczywistość nadprzyrodzoną i są przekonani, że ich cierpienia pochodzą z INNEGO ŚWIATA I RATUNEK TEŻ Z INNEGO ŚWIATA POCHODZI. Zwracając się do Boga z błaganiem o cud żyją w wymiarze WERTYKALNYM, podczas gdy inni ludzie, panujący nad rzeczywistością, nie potrzebują tej wiary i żyją w wymiarze HORYZONTALNYM (Laicyzacja, ”Res Humana", nr 7/2009, Suplement s. XV).

Wiadomo, że obecnie ludzie, nie tylko na Zachodzie Europy, ale i w Polsce, mniej wierzą w pomoc nadprzyrodzoną w chwilach grozy niż sto lat temu, że na przykład gromnice zastąpili odgromnikami, toteż można zakładać, że gdyby w dzieciństwie i młodości nie była im wtłaczana do głów wiara w fikcyjnego Boga, to nie istniałby już problem wertykalności i ludzie w najgorszych okolicznościach skuteczniej liczyliby na własne siły, ale – nie żyliby wyłącznie w wymiarze horyzontalnym. Ludzie zawsze wytyczają sobie atrakcyjne cele i fascynujące wizje i dążą wzwyż, czyli są WIERNI DUCHOWI NAJWYŻSZEGO. Nie ograniczają się do zwalczania nękającego ich zła, cierpienia, ale zgodnie ze swoją naturą liderów postępu tworzą nową, wyższą rzeczywistość. Jeśli nawet robaki, mrówki dostają skrzydeł i fruwają, to jakżeby ludzie nie kierowali się hasłem: Per aspera ad astra? Nie w górę i nie poziomo, lecz do przodu, ale stromo!

Łacińskie przysłowie in medio veritas szczególnie ważne jest w rozwiązywaniu problemu Boga: Duch Najwyższego „o całe niebo” przewyższa wszelkich fikcyjnych Najwyższych Duchów realnością, prawdziwością i skutecznością, ale nie jest najwyższy „geograficznie”, bo nie jest „nadświatowy”, ale jest to jak najbardziej nasz Duch, naturalny i świecki. Niemniej nie jest on dokładnie „z tego świata”, w którym żyjemy na co dzień, pochłonięci sprawami naszego bytu materialnego, politycznego i społecznego. W tym miejscu nie jest możliwe dokładne wyjaśnienie jego istoty; musi nam wystarczyć stwierdzenie, że jest on splotem najogólniejszych praw Wszechświata i Ludzkości jako naszych wielkich Rodziców, splotem, w którym główną funkcję spełnia prawo jakościowego rozwoju Wszechświata: od wrzącej plazmy Wielkiego Wybuchu poprzez mgławice, systemy gwiezdne, planety, a na naszej planecie Ziemi poprzez ewolucyjny rozwój roślin i zwierząt do nas, istot osobowych, rozumnych i uduchowionych. Bliski ujęcia tego prawa był darwinista Richard Dawkins, kiedy pisał: Dobór naturalny działa, ponieważ jest to jednokierunkowy mechanizm kumulacji udoskonaleń (Bóg urojony, Warszawa 2007, s. 201). Widzimy tu, jak dotychczasowa filozofia religii stoi na głowie. Najżarliwszy ateista jest bliski zdefiniowania prawdziwego Boga, będącego przedmiotem nauki, a nie mdłej wiary! Podczas gdy kosmologowie podkreślają ilościowy rozwój – rozszerzanie się Wszechświata, Dawkins wskazuje na centralne prawo jego jakościowego rozwoju, na ten doskonalący trend wzwyż, który w zakresie naszej podmiotowości, jako integralnych cząstek Wszechświata, jego „nieodrodnych dzieci”, jest przez nas doświadczany jako IDEALIZACJA, bez której nie byłoby szlachetnej miłości ni twórczości, zatem cywilizacji i przedmiotowej kultury. Drugim istotnym prawem Wszechświata jest autonomia, które też przenika nas na wskroś i jest przez nas doświadczane jako wewnętrzna WOLNOŚĆ. W korzystaniu z tych praw-darów bylibyśmy całkiem amoralni, jak nasz Ojciec-Wszechświat jest amoralny, gdyby nie prawa-dary ze strony naszej wielkiej Matki-Ludzkości: EMPATIA i wrodzony zaczyn OSOBISTEJ KULTURY, której wszystkie stopnie powinniśmy poznać i efektywnie rozwinąć. Kto jest wierny własnemu Duchowi Najwyższego, ten samorzutnie spełnia tę powinność względem Matki i nie jest mu potrzebny nauczyciel etyki sparaliżowanej błędem idealizmu, lecz co najwyżej nauczyciel osobistej kultury.

Człowiek miłujący prawdę więcej niż własny obóz, koterię, ma jeszcze i tę wyższość nad filozofem, że widzi tę prawdę nie tylko pośrodku między wertykalnym i horyzontalnym stylem życia oraz między teizmem i ateizmem, ale także między nauką a cudem. Nie daje się nabierać na żadne mity i cudowności, gdyż on sam osobiście uczestniczy w jedynym najwspanialszym cudzie: ŚWIADOMEJ KOSMOGENEZIE. Czym jest kosmogeneza, wybornie informuje księga Fascynujące dzieje planety Ziemi (Reader’s Digest, Warszawa 2007). Moc Ducha Najwyższego, któremu jest bezwzględnie wierny na wzór Jezusa z Nazaretu, i dzięki temu świadomie, podmiotowo uczestniczy w cudzie, ujawnia się w jego życiu w postaci tajemniczych zbawczych wydarzeń i wynosi go ponad wszystkie cuda, mity i sprzeczności Biblii. Od półwiecza szalenie cieszę się tym, że nie zostałem księdzem jak inni, że nie musiałem przez całe czynne życie kłamać i wtłaczać fałszu mitów do ludzkich głów, że nie przystałem do żadnej filozoficznej koterii, lecz miłując prawdę ponad wszystko odrzuciłem wszystkie mitologie i spolaryzowane przez grupowy egoizm systemy filozoficzne, a odkryłem jedyną prawdziwą religię, której uczył Jezus, ale go nie zrozumiano: Szczęściodajną, Aktywną WIERNOŚĆ Intuicji Najwyższego, nazwaną jednym słowem – SAWINIZM.

Żałuję tylko, że nie znałem tej religii w obecnym kształcie, gdy byłem etatowym nauczycielem filozofii, bo wówczas na pewno roznieciłbym żarliwe uznanie tej religii, by wyzwalało coraz szersze kręgi świata z tego straszliwego chaosu i zepsucia, które coraz bardziej się szerzy. To już nie są nawet poważne mitologie, ale obłęd w rodzaju „Czci makaronu”. A Ministerstwo Edukacji planuje forsować w szkołach to, co najgorsze: nadal mitologię zwaną „religią”, a dla dzieci rodziców niewierzących - drętwą etykę, lub – historię spolaryzowanej filozofii. Ile to wszystko jest warte, opisałem w eseju Ślepota nauki i nauczania na kluczową zależność, w książce Zmierzch ery mitologii, świt ery religii (Kraków, 2006, s. 99).


W Ewangelii zapisane są dwie Złote zasady postępowania: pierwsza, ogólna: Bądźcie doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz, niebieski (Mt 5,48), a druga, szczegółowsza: Wszystko, co byście chcieli, żeby wam ludzi czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy (Mt 7,12). Katastrofalnym błędem Biblii jest wpojenie przekonania, że te zasady wyrażają wolę Najwyższego Ducha, Boga królującego w niebie, podczas gdy są one znaną nam z osobistej intuicji wolą naszego Ducha Najwyższego. Katastrofalnym zaś błędem nauczających jest narzucanie milionowych uszczegółowień tych zasad, zamiast wdrażania dzieci i młodzieży do samodzielnego wysnuwania tych uszczegółowień stosownie do konkretnych okoliczności. W ten sposób zabrano ludziom prawdziwego Boga, a narzucono bożka funkcjonującego jako szatan, zabrano Jezusową bezwzględną wierność Bogu, czyli religię, a narzucono wiarę, mitologię, i zabrano zdolność do samodzielnego stosowania tych zasad, a narzucono etykę i moralizatorstwo. „Mądrzy” nauczyciele, uzurpujący sobie jedyne prawo do takiego nauczania o takim „Bogu”, takiej „religii”, „etyki” i „filozofii” ponoszą odpowiedzialność za najgorsze zło i już za życia odbierają stosowną „zapłatę”, ponieważ „umieją żyć”, czyli traktować najszczytniejsze powołanie jako zwykłe zarobkowanie.


Kraków, 5 marca 2009 r. Stanisław Cieniawa