Religia (od łac. słowa religo – wiążę), to w najogólniejszym, a zarazem najtrafniejszym znaczeniu nasza więź, umysłowa identyfikacja z czymś potężnym a dobroczynnym, nadającym sens naszemu życiu. Bez tak rozumianej religii życie traci ludzki charakter, dlatego pogląd, że nasz właściwy rozwój polega na przejściu od religii do świeckości, jest kapitalnie fałszywy i szkodliwy, choć prawdą jest, że tą docelową religią jest religia afirmująca rozum i naukę, a nie urągająca jej. W aspekcie historycznym nasz właściwy rozwój polega na przechodzeniu od religii, która nas wykrwawia, do religii, która nas wybawia, a w rezultacie – zbawia.
W dawnych religiach najczęściej czczono Słońce jako najwyższą a dobroczynną potęgę, zaś władców ziemskich czczono jako synów Słońca. Na przykład w Egipcie wznoszono im piramidy. Z ok. 40 piramid, których szczątki zachowały się w Egipcie, najbardziej znane są piramidy w Gizie, a wśród nich największa – piramida Cheopsa (2545-2520 przed n. e.): blok podstawy ma 250 m2, wysokość 146 m (dziś tylko 137 m), pojemność ponad 2 mln. m3. Jej budowa trwała ponoć 20 lat i pracowało przy niej ok. 100 000 robotników. Ciężar każdego z polerowanych bloków wapiennych osłaniających piramidę wynosi ok. 5 ton. Ludzie zmuszani do ich dźwigania musieli masowo ginąć. (1).
Chyba najbardziej brutalne było wykrwawianie ku czci Słońca w religiach staroamerykańskich. Kapłani wycinali ludziom serce i ofiarowywali je Bogu Słońca w celu pokrzepienia go. Podczas jednej uroczystości Montezumy II zabito podobno dwanaście tysięcy jeńców. Również przy innych okazjach zabijano dzieci, niewolników lub specjalnie w tym celu wypielęgnowanych młodzieńców; niekiedy odbywały się także sakralne ludożercze uczty. Podczas jednego ze świąt obchodzonych w grudniu ustawiano olbrzymi posąg Huicilipochtli wykonany z mąki, miodu i krwi dziecięcej, następnie zaś w obecności króla i urzędników dzielono go i zjadano (2).
Nie dziwią zatem opisy szafowania krwią w Biblii. W Księdze Wyjścia czytamy, jak to Mojżesz, przyniósłszy do obozu dane mu przez Boga tablice z przykazaniami, wśród których było przykazanie Nie zabijaj!, na widok przejawów bałwochwalstwa roztrzaskał te tablice i rozkazał synom Lewiego zabijać wszystkich, nawet braci, przyjaciół, krewnych. Synowie Lewiego uczynili według rozkazu Mojżesza i zabito w tym dniu około trzech tysięcy mężów (32, 25-28). Gdy ubolewamy nad masowym paleniem kobiet posądzonych o czary (według ostrożnych obliczeń spalono ich ok. ośmiu milionów), to pamiętajmy, że ten proceder uzasadniano biblijnym nakazem: Nie pozwolisz żyć czarownicy (22, 17). W następnej księdze, Księdze Kapłańskiej, aż roi się od rodzajów krwawych ofiar ze zwierząt, zaś w Księdze Jozuego obficie leje się krew ludzka: Izraelici pod wodzą Jozuego wycinają w pień przekazane im przez Jahwe narody.
Religie szafujące krwią bardzo opornie poddawały się cywilizacyjnej presji. Jeszcze Paweł apostoł pisał w Liście do Hebrajczyków: Prawie wszystko oczyszcza się krwią według Prawa, a bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia grzechów (9, 22). Tym właśnie uzasadniał swój pogląd, że Jezus musiał przelać swą krew i umrzeć na krzyżu dla zbawienia świata. Dzięki tej jego ofierze jako Syna Bożego jesteśmy usprawiedliwieni raz na zawsze (10, 10) i to właśnie usuwa konieczność dalszych krwawych ofiar.
Niestety, chrześcijanie w ciągu dziejów przelali więcej krwi niż wyznawcy innych religii, nawracając mieczem całe narody i kontynenty, torturując i paląc na stosach miliony heretyków i czarownic. Zresztą sam sadyzm Boga Ojca względem własnego Syna jest bardziej przerażający niż wielowiekowe ustawiczne ofiary ze zwierząt, skoro w Katechizmie Kościoła Katolickiego (3) czytamy słowa Biblii: Ofiara Chrystusa (...) jest darem Boga Ojca, ponieważ Ojciec wydaje swego Syna (na wykrwawienie), aby pojednać nas z sobą ( I J 4, 10). Jest to potrójnie nie do pojęcia: 1/ czymże jest ludzkość, ta odrobina „pleśni” na mikroskopijnym pyłku-Ziemi w skali całego Wszechświata wobec majestatu Boga i jego Syna? 2/ czymże jest rzekoma obraza majestatu ze strony marnych, złośliwych ludzików-mrówek wobec miłości Ojca do własnego jedynego Syna? Tym bardziej, że 3/ najwyższym sędzią w tej sprawie jest nie kto inny, ale właśnie sam Bóg Ojciec! Czy kupczenie krwią Syna, oburzające nas, przystoi Bogu? Czyżby Najwyższa Mądrość nie znalazła lepszego wyjścia?
Niemniej jest w chrześcijaństwie znaczny postęp, bo nieustanne ofiary krwawe zostały zastąpione przez symbolizujące je ofiary bezkrwawe (msze św.), a po drugie, sam wyraz „wykrwawianie” ma zasadniczo charakter przenośny: znaczy nie tyle rozlanie krwi i śmierć od ran, ile krzywdę materialną czy duchową odczutą niemal tak samo boleśnie. Najbardziej fatalne w skutkach jest „wykrwawianie” w sensie krzywd ze strony złego systemu społecznego lub wychowawczego, które czynią człowieka zbyt słabym, by mógł oprzeć się pokusie krzywdzenia innych ludzi dla zdobycia jakichś ważnych dóbr. Ludzie przez niego skrzywdzeni też cierpią dotkliwie, nieraz nawet bardziej, niż cierpi się od krwawych ran, ale ich skutki nie są tak tragiczne, dalekosiężne. Krzywdziciele, choćby najbardziej zepsuci, muszą czuć się podle, a pokrzywdzeni mają na pociechę swoją moralną wyższość. Najwięcej krzywd obydwu typów pociąga przysłowiowy „wyścig szczurów” po drabinie rangi społecznej, tytułów i profitów. Cywilizacyjne i techniczne zdobycze odsuwają w cień mądrą maksymę Epikura: „najwięcej przyjemności ma ten, kto ma najmniej potrzeb”.
Mogłoby się wydawać, że religie nie są odpowiedzialne za tę bezlitosną konkurencję i walkę o materialne dobra – przecież kapłani wskazują na niebo, wyższy, duchowy świat. Otóż to! Ten rozłam między tym, co mówią, a tym, co czynią, najbardziej psuje ludzi. Zalecają ewangeliczną pogardę dla marności tego świata, a chciwie zagarniają ziemie i kapitały, nie przebierając w środkach. Żyją niby to w celibacie, a najswobodniej korzystają z usług pięknych kobiet i... dzieci. Podczas nabożeństw co rusz powołują się na Chrystusa, a zupełnie jego przykład i naukę sfałszowali. Już w czasach Jezusa takim przykładem „świecili”, co on dostrzegał i potępiał (Mt r. 23).
W ciągu ostatnich, powiedzmy, stu lat, stosunek między „wykrwawiaczami” a wykrwawianymi ich ofiarami zmienił się nie do poznania. Wprawdzie wszystkie religie, a zwłaszcza chrześcijaństwo, nieodmiennie dążą do urobienia kolejnych pokoleń dzieci i młodzieży na pokorne owieczki i baranki, ale ich wysiłki mają dziś zgoła odmienne skutki. Dawniej wpojona w dzieciństwie pokora, uległość względem starszych, rodziców, księży i władz trwała kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat, dziś jej trwanie uległo wyraźnemu skróceniu. W moich czasach dzieci wracające z kościoła po komunii cieszyły się – komunijnym obrazkiem, a dziś – cóż on znaczy? Dziś ci „komuniści” stali się „wykrwawiaczami”, a ich rodzice biologiczni i chrzestni, krewni, sąsiedzi i znajomi – wykrwawianymi ofiarami ich natarczywych żądań i zmaterializowania. Każdy dzieciak chce pochwalić się przed rówieśnikami, co on to dostał z racji swej uroczystości. A otoczenie ludzi „religijnych” wysila się jak tylko może, by komunia święta skojarzyła się dzieciakowi na całe życie z jak największą radością z cennych i mnogich podarunków. Z tej racji wszyscy, a najbardziej księża, ten niezbyt zgodny z duchem Ewangelii obyczaj popierają. A same, co inteligentniejsze dzieciaki, na swój sposób korzystają ze zdobytej wiedzy o Jezusie: skoro on tak szybko przeobraził się z najnieszczęśliwszej ofiary w zmartwychwstałego zwycięzcę śmierci i diabła, to po co ja mam dalej być ofiarą?
Wiedząc to weźmy teraz pod uwagę fakt, że wszyscy ludzie odważnie przeciwstawiający się złu i zacofaniu w zakresie zastanej tradycji pod względem moralnym, kulturalnym, społecznym i politycznym, z reguły byli i są – ofiarami. Powyżej opisany proces drastycznie zmniejsza ilość ludzi pokrewnych im duchowo, a zatem czyni ich bardziej samotnymi, narażonymi na ataki, słabszymi i bez szansy na zwycięstwo. To, że dzieci szybko przeobrażające się z ofiar w „wykrwawiaczy” są nadał ofiarami złego systemu politycznego, z reguły nic nie znaczy. A gdzie cała moralistyka katechezy? Otóż w praktyce znaczy ona w sam raz tyle, co tablice z boskimi przykazaniami dla Mojżesza, gdy je roztrzaskiwał ze złości. Każdy człowiek wychowany w „religii wykrwawiającej”, choćby w sensie przenośnym i znający biblijny instruktaż, zawsze woli głaskać się po brzuszku i spożywać „baranki ofiarne”, niż być ofiarą wykrwawianą i unicestwianą bez litości. Oto dlaczego coraz mniej jest ludzi ideowych, a ci „szaleńcy”, którzy wbrew wszystkiemu i wszystkim walczą o zasadnicze zmiany na lepsze, są budzącymi śmiech lub politowanie „wołającymi na pustkowiu”. Zatem dużo racji ma Zdzisław Krasnodębski jako autor nowej książki Upadek idei postępu, ale z pewnością posuwa się za daleko, gdy na pytanie: czy wobec tego pozostają nam tylko relatywizm i pesymizm? odpowiada pytaniem: Czyż nie należy się trzymać tradycyjnej moralności, obyczajowości i wiary, skoro nie mamy i nie możemy mieć nic lepszego? (4). Zwłaszcza to stwierdzenie: „nie możemy mieć nic lepszego” jest dekretowaniem na wyrost.
Zdzisław Krasnodębski o tyle ma rację, o ile do dziś na ziemskim globie panuje klerykalna doktryna Boga i religii, religii wykrwawiającej w sensie dosłownym i przenośnym, a o tyle racji nie ma, o ile istnieje Bóg i religia tamtej przeciwstawna, wybawiająca, nie mająca jeszcze teoretycznego, ogólnie znanego zaplecza. Właśnie mocą tej religii istnieje ludzki świat, jakie takie współżycie jednostek i społeczeństw, natomiast tamta wraz ze wszystkimi jej bogami i doktrynami pasożytuje na tej wybawiającej jak jemioła na dębie. A dzieje się tak dlatego, że jednostki i instytucje korzystające z religii wykrwawiającej z całej mocy blokują poznanie i rozwój religii wybawiającej.
Są jednak i wśród nich myśliciele mający nieco intelektualnej uczciwości i odwagi, którzy podważają klerykalną doktrynę Boga i religii. Należy do nich Karl Rahner, wybitny teolog katolicki, który napisał: Nie ma bowiem na pewno t a k i e g o Boga, który by się objawiał i funkcjonował jako indywidualny byt istniejący obok innych bytów i który w ten sposób niejako sam przebywałby w większym domu całej rzeczywistości. Każdy, kto szuka takiego Boga, szuka fałszywego Boga. Ateizm i bardziej naiwny rodzaj teizmu cierpią na taki sam fałszywy obraz Boga (...), ponieważ Bóg jest przecież rzeczywistością najbardziej radykalną, pierwotną i w pewnym sensie najbardziej oczywistą (5).
Z wielu względów nie istnieje indywidualny Bóg rozumiany jako Najwyższy Duch mieszkający w zaświatach, natomiast najbardziej oczywisty jest Bóg rozumiany jako Duch Najwyższego – ta stała inklinacja i przemożny poryw ku temu, co w kolejnych okolicznościach życia dostrzegamy głęboką, szlachetną intuicją jako Najwyższe: najdoskonalsze, najprawdziwsze, najlepsze, najpiękniejsze, w konkretnych warunkach optymalne. Tylko dzięki temu naszemu Duchowi Najwyższego istnieje miłość i wszelka twórczość, technika, nauka, cywilizacja i kultura. Zazwyczaj nie uświadamiamy sobie tego, że kieruje nami ten Duch, bo jest on nad wyraz oczywisty. We wszystkim, co myślimy i czynimy, dokonując jakichkolwiek wyborów, odrzucamy dobre na rzecz lepszego, a lepsze na rzecz najlepszego, czyli Najwyższego pod jakimś ważnym względem. Właśnie mocą Ducha Najwyższego miłujemy to Najwyższe w całej praktyce życia. Wszelkie spontaniczne bohaterstwo jest niezbitym dowodem istnienia Boga jako Ducha Najwyższego, będącego przeciwieństwem mitu Najwyższego Ducha. Podczas gdy mit Najwyższego Ducha czcimy przedmiotowo modlitwami i ceremoniami w świątyniach, werbalnie deklarujemy mu swą miłość zazwyczaj nie mającą pokrycia w praktyce, to Ducha Najwyższego czcimy podmiotowo, samą praktyką życia – nie myśląc i nie mówiąc o nim. Urzeczywistniając Najwyższe w myśli, mowie i czynie, nieświadomie użyczamy Duchowi Najwyższego swojej osobowości, dlatego w takich momentach jesteśmy dziećmi Bożymi, a to samorzutnie oczyszcza nas z wszelkich uchybień – zbyteczny jest jakiś tam „sakrament spowiedzi” oraz „komunia”. Najbardziej bezpodstawny, fałszywy i szkodliwy jest sakrament chrztu, którym niczego nieświadome niemowlęta są przypisywane do pasożytniczej i bezbożnej instytucji. Skoro w nas urzeczywistnia się Bóstwo, któremu nadajemy swoją osobowość, to wszystkie sakramenty, obrzędy i modlitwy są czymś w rodzaju duchowego onanizmu, na domiar złego opłacanego klerowi.
Tego Boga, Ducha Najwyższego, można tłumaczyć postępowym trendem w Kosmosie. Wszechświat nie tylko rozszerza się, ale – co daleko ważniejsze – rozwija się jakościowo. Najpierw był wrzącą plazmą, biliony bilionów razy gorętszą od wnętrza Słońca. Potem powstawały mgławice, gwiazdy, planety, a na naszej planecie Ziemi – coraz wyższe formy życia, aż do nas, istot osobowych, rozumnych i uduchowionych. Ponieważ jesteśmy nieodłącznymi cząstkami Wszechświata, to ten postępowy trend przenika nas na wskroś i doświadczamy go jako IDEALIZACJI. Wprawdzie w złych warunkach i/lub pod wpływem złego wychowania jesteśmy skłonni idealizować (kochać, tworzyć) to, co nie jest godne idealizacji, ale tu przychodzi nam na ratunek prawo Ludzkości – empatia oraz zalążkowa kultura osobista. Wszechświat i Ludzkość to nasi wielcy Rodzice, nie mniej ważni niż ci, co bezpośrednio dali nam życie, bo od ich praw jesteśmy zależni od narodzin aż po zgon. Nie jest wykluczone, że ponad nimi czy w nich istnieje jakaś Inteligencja, która tak wszystko urządziła, ale najwidoczniej nie chce być znana i czczona, toteż cały sensowny jej kult sprowadza się do naszej wierności prawom, które ona nadała, a więc prawom Wszechświata i Ludzkości. Komiczne wprost jest mniemanie, że ta Inteligencja jest tak ograniczona, że jak pyszałkowaty bufon żąda od nas świątynnego kultu organizowanego przez kapłanów... Natomiast nader ważne jest to, że te wszystkie bożki, które ludzie wymyślają i czczą, są wytworami wadliwej idealizacji. Już tego powinno wystarczyć, by odrzucić te fałsze utwierdzające ciemnotę i blokujące autentyczną religię: wierność, posłuszeństwo naszym wielkim Rodzicom. Nie wierzenia w fikcje, ale wierność rzeczywistym prawom, tak pewnym, jak prawo grawitacji, jest autentyczną, wybawiającą religią. Im silniej się ze splotem tych praw-darów – DUCHEM NAJWYŻSZEGO - wiążemy i identyfikujemy, tym większego sensu i szczęścia doświadczamy, i właśnie to doświadczenie skutecznie chroni nas przed morderczym wykrwawianiem się w szalonym „wyścigu szczurów”. Tak właśnie działa autentyczna religia: wybawiająca.
Im silniej wiążemy się i identyfikujemy ze splotem wiecznych praw podmiotowo doświadczanym jako Bóg, nasz Duch Najwyższego, któremu spontanicznie użyczamy swej osobowości, tym pewniej wkraczamy w sferę szczęśliwej wieczności – już TU I TERAZ (6).
-------------------------------------------------
Gerhard J. Bellinger, Leksykon Religii Świata, WP, Warszawa 1999 s. 147.
Helmuth von Glasenapp, Religie niechrześcijańskie, IWPax, Warszawa 1966 s. 29.
Katechizm Kościoła Katolickiego, Pallotinum, Poznań 1994, par. 614, s. 153.
Michał Szuldrzyński, Nie mamy nic lepszego, „Rzeczpospolita”, nr 106 z 7 maja 2009 r.
Karl Rahner, Podstawowy wykład wiary, IWPax, Warszawa 1987, s. 57.
Jacques Durandeaux, Wieczność w życiu codziennym, IWPax, Warszawa 1968 s. 192.
Kraków, 11 maja 2009 r. Stanisław Cieniawa