ŻYJEMY W NIEWOLI ZŁYCH PARADYGMATÓW
Paradygmatem jest przyjęty jako wzorcowy sposób widzenia, badania, traktowania rzeczywistości w danym przedziale. Niestety, kluczowe paradygmaty są złe, dlatego źle ujmujemy i kształtujemy rzeczywistość, a w szczególności wadliwie tworzymy własny świat, własną osobowość i własny los. W rezultacie historia poszczególnych grup, społeczeństw i całej populacji globu toczy się niezgodnie z naszymi pragnieniami i ambicjami. Konieczna jest przeto i nader pilna próba myślowego bodaj zastąpienia tych paradygmatów lepszymi w odpowiedniej kolejności i poddania tej próby pod ogólną dyskusję.
CZYM ZASTĄPIĆ
PARADYGMAT BUFONA?
Chyba nie ma rzeczy poważniejszej pod słońcem niż kształtowanie
ludzkich losów w skali jednostkowej, społecznej i globalnej, a z tą powagą jest
nader krucho. Skoro bufonem nazywamy człowieka zarozumiałego, bądź komedianta,
zgrywusa, to przecież tacy właśnie ludzie nadają ton ludzkim dziejom. Czyż
wszystkie wojny, zimne czy gorące, nie były dziełem zarozumialców i ludzi
niepoważnych? Wzorcowa bufonada Maksa Stirnera (1806-1856), który głosił, że tylko
on na świecie jest ważny, jedyny, i że cały świat jest jego własnością,
była zbyt ostentacyjna i bezczelna, aby mogła być otwarcie przyjęta, ale
przyjrzyjmy się postępowaniu wielu ludzi na eksponowanych stanowiskach, czy nie
zachowują się oni w taki właśnie sposób? I podwładni są dumni z takiego
przywódcy, który, niezależnie od tego, czy zna zasady makiawelizmu, nie liczy
się z moralnością ni przyzwoitością w wyborze środków dla osiągnięcia celu.
Dlatego właśnie mrzonką okazała się propozycja Platona, by rządy sprawowali
oględniejsi niż politycy filozofowie. Ale i filozofowie nie są bez winy –
wystarczy wspomnieć Fryderyka Nietzschego (1844-1900), jego biologistyczną
apoteozę rasy nadludzi, która przydała się Hitlerowi. Już wcześniej podobnie
jak Stirner i Nietzsche myślał Tomasz Hobbes (1588-1679) twierdząc, że człowiek człowiekowi wilkiem, toteż by
się nawzajem nie pozagryzali, konieczny jest reżim państwa monarchicznego. Na
dziś – diagnoza trafna, ale terapia fatalna.
Zarozumiałymi są też ci kosmologowie, którzy dekretują o genezie
Wszechświata.
Wydaje się, że radykalnym przeciwieństwem bufonady jest rzetelne i
wszechstronne dociekanie i urzeczywistnianie optimum w każdej sprawie.
Chwalebną jest rzeczą dążenie do szczytów możliwości w nauce, filozofii
i polityce, w każdej dziedzinie życia, myślenia i działania, ale zarazem trzeba
znać wystarczające warunki zdobycia tych szczytów oraz przewidywać dalekosiężne
konsekwencje tej działalności. Ulokowawszy tę wiedzę na gruncie całego
życiowego doświadczenia w danej
dziedzinie zdobędziemy pożądaną intuicję tego optimum, która ukaże
nam sens jego realizacji i zmobilizuje do wiernego urzeczywistnienia.
Optimum jest wartością, którą poznajemy nie tylko rozumowo i doświadczalnie,
ale także, i nade wszystko, intuicyjnie. Tak więc paradygmat bufona wypada
zastąpić paradygmatem Sensotwórczej, Afirmującej nas WIERNOŚCI Intuicji Optimum (w skrócie: paradygmatem SAWIO). Sawionizm, to jest to, czego
najbardzej nam potrzeba do wybawienia i zbawienia.
CZYM ZASTĄPIĆ
PARADYGMAT MITOMANA?
Człowiek jest istotą tak ekspansywną, iż tworząc swój świat, swoją
osobowość i swój los wypełnia jasną, fascynującą wizją całą sferę możliwości i
tajemnic. Współczesna psychologia dowodzi, że bez takiej wizji stajemy się
słabi, łatwo popadamy w depresje i nerwice. Zależność naszej dynamicznej
aktywności od takiej swobodnej, fascynującej wizji jest prawem naukowym, choć
treść tej wizji nie musi dokładnie się pokrywać z naukowym obrazem świata.
Paraliżowanie tej wizji jest tym bardziej nonsensowne, iż szczera (a nie
symulowana) orientacja na wieczność ulepsza ludzi, co trafnie podkreślił Arnold
Toynbee w książce Człowiek wobec śmierci.
Czym innym jednak jest wypełnianie jasną autokreacyjną wizją sfery
możliwości i tajemnic, a czym innym zaciemnianie umysłów fałszem mitów wyraźnie
urągających doświadczeniu i rozumowi, logice i nauce. Oczywiście, można
wymyślać i popularyzować humorystyczne bajki dla dorosłych, byłoby to zresztą
nader wskazane, gdyż niezupełnie zaspokaja tę potrzebę fantastyka powieści,
poezji, teatrów i kin, ale nie bajki, w które trzeba święcie wierzyć pod grozą
kary piekła. Takie bajki powinny być stanowczo eliminowane paradygmatem racjonalności.
Szczególnie wierzący w Boga powinni mieć na uwadze ostrzeżenie francuskiego
encyklopedysty Denisa Diderota: Jeśli Bóg dał nam rozum, to mamy psi obowiązek
nim się kierować pod grozą kary piekła. Wprawdzie rozum nie jest najwyższą
instancją – wyższą jest intuicja optimum, ale rozum powinien jej towarzyszyć
jak dobry policjant chroniący ją od złych przygód. A złymi przygodami są
wierzenia w mity sprzeczne z rozumem i logiką, bezpodstawnie nazywane wiarą religijną
– żydowską, chrześcijańską, muzułmańską itp.
CZYM ZASTĄPIĆ PARADYGMAT DOGMATYCZNEGO ATEISTY?
Jeśli posłużymy się triadyczną koncepcją dialektyki Hegla, to religię
nazwiemy tezą, ateizm antytezą. Religia i ateizm to jedność ścierających się od
prawieków przeciwieństw, a z ich walki wyłania się synteza, która po odrzuceniu
składników przestarzałych i wyraźnie sprzecznych, organicznie łączy i uwydatnia
żywotne walory religii i ateizmu. Można więc powiedzieć, że w syntezie zawiera
się zarówno udoskonalona religia, jak i udoskonalony ateizm, ale i coś jeszcze
cenniejszego a nowego. Intrygujące jest pytanie: co takiego?
`Wiadomo, że religie uczą, iż Wszechświat stworzył Bóg mieszkający poza
nim w sferze metafizycznej, a my jesteśmy za karę wrzuceni w obcą nam materię,
z której możemy się wybawić dzięki kapłanom – pośrednikom i wejść do niebios,
gdzie mieszka nasz Stwórca. Jeśli jednak nie ulegamy ponętnym mitom, ale
liczymy się tylko i wyłącznie z obiektywną prawdą naukowej wiedzy o świecie
takim, jaki jest,, to myślami nie wykraczamy poza Wszechświat i uznajemy
prawdę, że jesteśmy Wszechświatem, jego integralnymi cząstkami, toteż
przysługują nam wszystkie jego prawa, a nade wszystko jego autodeterminizm, to
jest rozwijanie się według własnych wewnętrznych praw, a nie cudzych,
narzuconych z zewnątrz. Pomimo iż wszystkie cząstki i części Wszechświata są
wzajemnie powiązane i od siebie zależne, podstawowym prawem każdej z nich jest
właśnie ten autodeterminizm, prawo ich wielkiego Ojca. Tym bardziej przysługuje
on nam, ludziom, jako liderom rozwoju Wszechświata w naszym jego rejonie. Wszak
wiadomo, że to on stworzył nas w drodze ewolucji, dzięki której przewyższamy jakościowo
nasze kosmiczne otoczenie i mamy możność nim władać.
Będąc osobami wyposażonymi w samoświadomość i podmiotowość, odczuwamy
autodeterminim jako swe najwyższe, wieczne Prawo, jako świeckie bóstwo,
które w połączeniu z naszą osobowością sprawia, że każdy człowiek jest sam
dla siebie bogiem. Wprawdzie jako dziecko podlega własnym rodzicom, jako
uczeń – nauczycielom, jako pracownik – pracodawcom, jako obywatel – jakimś
nadrzędnym strukturom, ale są to wszystko zależności czasowe, wtórne.
Zasadniczo każdy człowiek jest sam dla siebie panem, kieruje się własnym
prawem, w tym jako istota żywa prawem życia, a jako cząstka Wszechświata,
Kosmosu, prawem kosmicznym.
Prawo kosmiczne jest prawem dynamicznym, ukierunkowanym na
jakościowy rozwój, czego niezbitym dowodem jesteśmy sami, nasza osobowość i
duchowość. Podmiotowo doświadczamy tego prawa jako IDEALIZACJI, to jest
dążenia uczuciem, myślą i czynem do czegoś Najwyższego, po uwzględnieniu
konkretnych warunków realizacji – optymalnego. Ukierunkowane prawo
kosmiczne w drodze ewolucji stworzyło nas, a teraz my, doświadczając go
podmiotowo jako idealizacji, świadomie kontynuujemy rozwój tworząc cywilizację
i kulturę. Owe „my” oznacza tutaj Ludzkość, którą ukierunkowana energia
kosmiczna stworzyła z części Wszechświata, jak biblijny Bóg stworzył kobietę,
Ewę, z cząstki mężczyzny – z żebra Adamowego. Wszechświat i Ludzkość to są nasi
wielcy Rodzice, nie mniej ważni od tych, którzy bezpośrednio dali nam życie.
Wszechświat, nasz wielki Ojciec, jest amoralny, czego dowodem są groźne
katastrofy kosmiczne i klęski żywiołowe, choroby, śmierć. Moralność
zawdzięczamy naszej wielkiej Matce – Ludzkości, która jest wyposażona w empatię
i w trakcie rozwoju stopniowo szlachetnieje, dzięki czemu wszystkie jej dzieci
mogą osiągać coraz wyższe stopnie wszechstronnej osobistej kultury. Jako dzieci
wielkiego amoralnego Ojca – Wszechświata, mamy prawo, przywilej, ale i
obowiązek idealizacji (toteż idealizujemy nie tylko to, co dobre, ale i to, co
złe), a jako dzieci wielkiej Matki – Ludzkości, mamy prawo, przywilej, ale i
obowiązek rozwijania wszechstronnej osobistej kultury, głównie uszlachetniania
daru Ojca – idealizacji. Niestety, kulturą nazywamy raczej czynności i wytwory,
dlatego nasza autokreacja na podłożu autodeterminizmu, czyli AUTOAPOTEOZA,
jest przeważnie wypaczona, prymitywna. Niemniej właśnie autoapoteoza,
jako wyłaniająca się z walki przeciwieństw synteza, coraz bardziej, choć na
razie bez naszej świadomej wiedzy i woli – funkcjonuje jako nowy paradygmat
wypierający złe paradygmaty: mitomaństwa i dogmatycznego ateizmu.
Mimo iż literatura religijna wraz z religią odchodzi
w mroki przeszłości, można dostrzegać w niej symptomy uświadamiania sobie przez
wybitniejsze jednostki tego nowego paradygmatu. Już Sokrates był świadom
istnienia w jego duchowym wnętrzu bóstwa, które nazywał daimonionem.
Dokładniej uświadamiał je sobie Jezus z Naza- retu, czego najlepiej dowodzi cała
Ewangelia według Jana, a zwłaszcza te jego słowa: Ja i Ojciec jedno jesteśmy (10, 30). Paweł Apostoł pisał w Liście
do Rzymian: Albowiem wszyscy ci,
których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi (8, 14), zaś Aureliusz
Augustyn zwierzył się: Bóg jest mi
bliższy niż ja sam sobie. A we współczesnej literaturze najdobitniejszy
wyraz świadomości bóstwa w sobie dał w swoich trzech dużych księgach Rozmowy
z Bogiem Neale Donald Walsch. Już we wstępie do Księgi pierwszej napisał
wkładając Bogu w usta te słowa: Ode mnie
pochodzi twa Najwyższa Myśl, twe Najtrafniejsze Słowo, twe Najwznioślejsze
Uczucie. Reszta pochodzi z innego źródła (Bydgoszcz 2003, s. 19). Są to
wszystko intuicje godne uwagi, ale trzeba pamiętać, że te trzy dalsze, poza
intuicjami Sokratesa i Jezusa, mają swe
źródło w tradycyjnej religii, a nie są właściwymi przykładami tej autoapoteozy,
która występuje jako autokreacja na podłożu autodeterminizmu mocą uszlachetnionej
kulturą idealizacji, która jest naszym Duchem Najwyższego, świeckim bóstwem,
antagonistą mitu tradycyjnego Boga kapłanów, czyli Najwyższego Ducha. Najlepszym
przykładem tej świeckiej autoapoteozy jest
wypowiedź Jezusa zawarta w jego Kazaniu na Górze. Dokonując nowej,
subtelniejszej interpretacji przykazań Dekalogu, powtarzał przy tym jak
refren: Slyszeliście, że powiedziano
przodkom... a Ja wam powiadam... (Mt 5), co dowodzi, że nie był tu
wierny woli Jahwe, który pouczał owych przodków, ale własnej intuicji
Najwyższych, jak na owe czasy, wartości etycznych, które wkładał w stare
formuły Dekalogu.
Oburzające jest zignorowanie tej Jezusowej świeckiej autoapoteozy (nieprzypadkowo ówcześni kapłani zarzucali mu konszachty z szatanem!), a uczynienie z niego ofiary, Chrystusa, drugiej Osoby Trójcy świętej. W Ten sposób usunięto w cień jego człowieczeństwo, a wraz z nim jego naukę i przykład wierności własnemu Duchowi Najwyższego, wywodzącemu się od wielkich Rodziców świeckiemu bóstwu. Wiadomo, o co chodziło: gdyby ludzie byli wdrożeni do kulturalnej autoapoteozy, to nie byliby im potrzebni „pośrednicy”, czyli kapłani i nie byłaby możliwa budowa totalitarnej instytucji – Kościoła, który od dwóch tysięcy lat sprowadza ludzkość na manowce.
CZYM ZASTĄPIĆ PARADYGMAT WŁADZY „POCHODZĄCEJ OD BOGA”?
Główną pobudką do napisania tego eseju są niewyobrażalne trudności z
upowszechnieniem tej zbawczej syntezy religii i ateizmu. Trudności te stwarzają
władze wszelkiego stopnia i autoramentu, ponieważ w taki poroniony sposób
zaspokajają potrzebę autoapoteozy wyżywając się (pomimo demokracji!) w
manifestowaniu swojej ważności poprzez sprawowanie władzy nad „maluczkimi”,
władzy, która, jak to od czasu Pawła apostoła (List do Rzymian, 13, 1-7)
Kościół wbija ludziom do głowy, „od Boga pochodzi”. A przecież Jezus właściwie
odrzucał władzę na rzecz pokornej służby: Wiecie,
że ci, którzy uchodzą za władców
narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak
będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech
będzie sługą waszym (Mk 10, 41-43).
W tym negowaniu władzy można i trzeba iść jeszcze dalej. Jest
oczywiste, że w skali wieków kultura osobista ludzi powoli, lecz stale się
rozwija, a gdy ogół ludzi przyswoi sobie komplet jej stopni, władza w ogóle
zaniknie na rzecz koordynacji. Z drugiej zaś strony sami władcy
zniechęcą się do władzy, gdyż ich własne bóstwo, Duch Najwyższego ich pouczy,
że tym, co jedynie godne jest bogów, jest spokój ducha, radość życia,
szczęście. Tak więc, gdy dzięki postępowi kultury osobistej ludzi władcy
staną się koordynatorami, a z drugiej strony wszyscy zrozumieją, że panowanie
nad ludźmi psuje i unieszczęśliwia człowieka, paradygmat władcy ustąpi
paradygmatowi wyzwolonego od utarczek z ludźmi koordynatora, mającego pobory
niewiele wyższe niż inni, ale za to pełne prawo do spokoju i radowania się
swą pracą i życiem.
CZYM ZASTĄPIĆ PARADYGMAT „WYŚCIGU SZCZURÓW”?
Gdy padnie władza, straci sens panowanie nad ludźmi, to automatycznie
ulegnie redukcji piramida stopni prestiżu, wszelkie hierarchie ulegną
spłaszczeniu i dotychczasowy „wyścig szczurów” po stopniach drabiny społecznej
przejdzie do lamusa historii. Ludzie kulturalni wreszcie zrozumieją to, co już
dawno temu zrozumiał Epikur, że najszczęśliwszy jest ten, kto ma niewiele
potrzeb, natomiast ma kwiaty w ogrodzie i grono przyjaciół, z którymi może
prowadzić wzniosłe filozoficzne rozmowy i dysputy. W ten sposób zły paradygmat
„wyścigu szczurów”, związany z wzajemną niechęcią i wrogością ustąpi
paradygmatowi braterstwa szczęśliwych bogów.
Niewątpliwie czytelnicy upodleni prymitywizmem swej autoapoteozy rzucą się na ten esej jak stado wilków na jagnię, czym dadzą najlepszy dowód jego prawdziwości. Ale nie jest to utopia. Skoro mieszkańców Ziemi stać na tak niebotyczny, że aż śmieszny nonsens, jakim są kłótnie i wojny między wierzącymi w mity i niewierzącymi oraz różnymi „religiami”, choć wszystko to są tylko różne typy autoapoteozy prymitywnej, to można mieć nadzieję, iż zrozumiawszy to, z samego wstydu zdobędą się na przeciwstawny, pozytywny zryw i ze zdwojoną energią dokonają zaproponowanej wymiany paradygmatów. Muszą tylko skorzystać z programu rozwijania kultury osobistej wszystkich stopni, który na szczęście autor niniejszego eseju już ma gotowy.
`Proste i jasne rozwiązanie wszystkich problemów światopoglądu,
„religii” i „ateizmów” jest takie: wszyscy ludzie jako dzieci Kosmosu i
Ludzkości są urodzeni do autoapoteozy kulturalnej. Mają w sobie ich połączony
dar –Ducha Najwyższego dążącego do optimum w każdej sprawie, ale kapłani
od dziecka przeciwstawiają mu mit Najwyższego Ducha, czym zamieniają te
boskie wprost istoty w płazy zmuszone do życia w bagnie fałszu, bo jasne słońce
prawdy to dla nich śmierć. Dlatego gotowi są zamordować każdego, kto chce ich
uratować. Cośkolwiek o tym wiem...`Rozumiem to i współczuję, toteż serdecznie
Ci drogi Czytelniku radzę: Bądź wierny sobie, temu, co Najwyższe w Tobie, a
rozwiniesz dary wielkich Rodziców, które opromienią Twe życie na ziemi i
zapewnią jedyny ważny bilet wstępu
do nowego życia w tajemniczych głębiach Kosmosu.
Kraków, 19 kwietnia 2008 r.
Stanisław
Cieniawa