Teksty z politycznym podtekstem mają to do siebie, że szybko
siś starzeją, a poza tym po kolejnym zakręcie historii autorowi często jest
"łyso". Ale niniejszy tekst jest na tyle idiotyczny, że chyba się wybroni.
Dla Gosi M. - jak zwykle, za rysunki i piękno.
"Politics is the art of looking for trouble,
finding it,
misdiagnosing
it, and then misapplying the wrong remedies."
- Groucho Marx
-Panie prezydencie, trafiliśmy na ślad naprawdę diabelskiej intrygi.
- powiedział pułkownik - Musi pan to obejrrzeć. - i włożył kasetę do odtwarzacza.
* * *
Kapitan Ziomkiewicz czuł się odrobinę niepewnie
referując całą sprawę przed pułkownikiem. Niby miał żelazne dowody, ale szpakowaty
szef CBdoWzU (Centralnego Biura do Walki z Układem) zawsze wzbudzał w nim
pewien niepokój. Zresztą w każdym. Było coś w jego wzroku, sposobie poruszania
się, zadawania pytań, że każdy jego rozmówca (poza chyba tylko najwyższym
szefem) czuł się jakby postawiono go pod ścianą. Przełknął nerwowo ślinę.
–Referujcie.
–Wykryliśmy wielki spisek dziennikarzy i mediów.
– powiedział Ziomkiewicz rozkładając na biurku materiały, które przyniósł
ze sobą. Ta rutynowa czynność trochę go uspokoiła.
–To wiemy od dawna, ale nie powiecie chyba,
że przez ostatni rok wasza komórka zajmowała się tylko tym. Zważywszy na
budżet operacji.
–Nie, nie chodzi tylko o nasze media i nasz
krajowy układ. Trafiliśmy na coś znacznie większego.
Pułkownik był sceptyczny, ale pozwolił podwładnemu
kontynuować.
–Zaczęło się od sprawy jacuzzi. Prześwietliliśmy
standardowo wszystkich podejrzanych. Sprawdziliśmy ich kontakty, telefony,
powiązania rodzinne do dziesiątej wody po kisielu i nic. Żadnych śladów obcej
inspiracji, nawet cienia obcej inspiracji. A przecież wiadomo, że to nie
mógł być przypadek. Nie wtedy, gdy chodzi o jedną z najważniejszych osób
w państwie. Już myśleliśmy, że jednak gonimy w piętkę, gdy jeden z moich
ludzi po całonocnym ślęczeniu nad dokumentami zażartował w rozpaczy, że chyba
nic nie znajdziemy, nawet związków z japońską mafią.
–Jakuzą?
–Właśnie. I wtedy postanowiłem pójść tym tropem,
to znaczy sprawdzić, kto mógł zaplanować taki żart niczym z tandetnego gazetowego
nagłówka. Początkowo oddelegowałem do tego tylko trzech ludzi, ale po tym
co odkryli w ciągu paru kolejnych tygodni, musiałem wdrożyć do śledztwa cały
mój zespół i jeszcze sięgnąć do zasobów innych komórek.
–Dobrze – uciął pułkownik – w skrócie, do czego
dotarliście?
–Istnieje światowy spisek mediów mający na celu
ciągłe podgrzewanie sytuacji na świecie i sztuczne generowanie „gorących”
tematów, żeby tylko media miały o czym pisać. Informacje muszą być sensacyjne,
niekoniecznie sensowne. Redakcje zatrudniają specjalnie przeszkolonych agentów,
których celem jest preparowanie sytuacji i inspirowanie wydarzeń nadających
się na czołówki gazet lub gorący materiał w telewizyjnych wiadomościach.
Co gorsza, ta globalna konspiracja nie ma żadnego długofalowego celu, chodzi
tylko o stały dopływ newsów. Jak pan pewnie zauważył, wygrywają wydarzenia
które można spreparować najmniejszym nakładem kosztów, informacje pozbawione
głębszej refleksji, najbardziej medialne, z największą liczbą fajerwerków.
Zamiast w pocie czoła opisywać niuanse reformy finansów, czy służb publicznych,
łatwiej przecież walnąć moralizatorski tekst na temat polityka, który nazwie
oponenta osłem. Zamiast zbierać w trudzie i brudzie informacje na temat biedy
i głodu w Afryce (które zresztą się już dawno wszystkim opatrzyły), łatwiej
sfilmować kolejny zamach w Iraku. Nie trzeba myśleć podczas pisania, wystarczy
skorzystać z gotowego redakcyjnego szablonu.
Pułkownik pokiwał głową, to miało sens: Zamach
bombowy łatwo spreparować – wystarczy podrzucić odpowiednim ludziom trochę
pieniędzy, tak samo polityka łatwo wyprowadzić z równowagi. Koszty pracy
agentów byłyby minimalne, a zyski kolosalne, bo news podnosi nakłady i zwiększa
oglądalność. Czasem nawet przez tydzień lub dwa, nim przyćmi go kolejna sensacja.
Tymczasem jego podwładny kontynuował:
–Za wszystkim stoi centralna „spółka” podzielona
na rynki lokalne dla potrzeb serwisów krajowych. Agenci finansowani są ze
wspólnej puli, co obniża koszty praktycznie do zera, a aby nikt się nie zorientował,
co jest grane, gdy tylko ktoś spoza spisku zaczyna głębiej drążyć temat, preparowany
jest nowy news, który sprawia, że ludzie rychło zapominają o poprzednim i
tak działa w kółko ta maszynka do zarabiania pieniędzy.
–Udało się wam choć w przybliżeniu określić
zasięg tego spisku?
–Połowicznie. W kraju uczestniczą w tym na przykład
prawie wszystkie większe redakcje: gazety, radio, telewizje. W zasadzie to
wszystkie poza jedną.
–Którą?
–Tą, której ufamy.
–A za granicą?
–Trudno powiedzieć, nie byliśmy w stanie sprawdzić
powiązań setek tysięcy gazet, stacji telewizyjnych, radiowych, serwisów komputerowych...
Ale sądząc z pobieżnego rozpoznania, spisek obejmuje rzeczywiście gros mediów.
Zarówno z prawa, jak i z lewa, pospolitych brukowców i poważnych dzienników.
Część oczywiście zapewne uczestniczy w tym nieświadomie, powielając po prostu
informacje serwowane przez największe serwisy, ale główne sieci prawie na
pewno z premedytacją. Zupełnie jakby stanowiły jeden wielki kartel rządzony
twardą ręką przez jakąś tajną organizację. Analizy statystyczne, które przeprowadziliśmy
i potem na wszelki wypadek powtórzyliśmy parę razy, nie pozostawiają najmniejszej
wątpliwości: istnieje koordynacja działań. Informacje podchwytywanie są zbyt
szybko i zbyt ochoczo, nawet wtedy, gdy są tak naciągane, że powinny wzbudzić
czujność inteligentnego nastolatka, a co dopiero doświadczonego dziennikarza.
Poza tym udało nam się schwycić kilka nitek i sprawdzić dokąd prowadzą.
–No i?
–Wszystko jest ze sobą powiązane jak jedna wielka
pajęczyna. Poszliśmy tropem powiązań kapitałowych Okazało się na przykład,
że wydawca pewnej prominentnej krajowej gazety jest w 60% własnością kapitału
chińskiego.
–Niemożliwe!
Ziomkiewicz podsunął pułkownikowi wyjęty z teczki
schemat struktury własności przypominający na pierwszy rzut oka co bardziej
dziwaczne obrazy Eschera.
–Ale niestety prawdziwe. Musieliśmy w tym celu
prześledzić transakcje pomiędzy trzema tuzinami firm, z których spora część
miała rachunki bankowe w tak niedostępnych miejscach jak Kajmany, Wyspy Dziewicze,
Bergamuty, czy Wyspa Man. Piekielna sprawa, bo cały spisek jest starannie
utajniony. Każda transakcja przechodzi przez pięć spółek-córek lub holdingów
o trudnej do rozwikłania strukturze własności.
Pułkownik wiedział coś o tym, swego czasu połamał
sobie żeby na paru takich sprawach i wiedział, że tylko w tanich książkach
sensacyjnych udaje się prześledzić sznurki takich finansowych węzłów gordyjskich
metodą analizy danych. W praktyce przeważnie służby muszą polegać na źródłach
osobowych: innymi słowy skruszonych uczestnikach całego procederu.
–Jak wam się to udało?
–Cóż, Amerykanie podsłuchują wszystkich za pomocą
Echelonu, a my podsłuchujemy Echelon.
–Ten supertajny system komputerowy? Jakim cudem?
–Mamy paru zdolnych informatyków. Tutaj i tam.
Poza tym podpieraliśmy się analizą statystyczną i śladami w innych transakcjach.
Dostaliśmy ongi od Brytyjczyków program, który pozwala z dużym przybliżeniem
odtworzyć obraz nielegalnych transakcji na bazie cząstkowych danych. Wielu
moich ludzi zarwało sporo nocy. W każdym razie po nitce do kłębka dotarliśmy
do „firm” odwalających brudną robotę. Po zakończeniu zimnej wojny na rynku
wolnych strzelców zatrudnianych do tej pory przez obie strony zapanowało,
ze tak powiem bezrobocie i część z tych ludzi znalazła sobie jak widać niszę
rynkową. Tu ma pan cześć materiałów na ich temat: nazwy operacji, dossier
agentów, przelewy. – Ziomkiewicz podsunął pułkownikowi laptopa.
–Macie coś jeszcze? – spytał szpakowaty szef
CBdoWzU wertując bazę danych. O wielu z tych ludzi słyszał jeszcze w czasach,
gdy w latach 80-tych na przymusowej emigracji pracował jako dziennikarz. Zastanawiał
się gdzie się tak nagle rozpłynęli mniej więcej w połowie następnej dekady.
Teraz miał odpowiedź. Było też sporo nowego narybku.
–Owszem. Jeszcze jedna rzecz przemawia za międzynarodowym
spiskiem: technika, która jest w to zaangażowana. Podczas rewizji w prywatnym
mieszkaniu jednego z dziennikarzy pracujących dla prominentnej krajowej gazety
znaleźliśmy takie oto urządzenie. – Ziomkiewicz sięgnął pod biurko i wyjął
z niej czarną walizeczkę rozmiarów średniej wielkości laptopa, z wysuwaną
z boku krótką rurką przypominającą teleskopową antenę.
–Co to takiego?
–Dokładnie nie wiemy, ale wiemy, jak działa.
Ma skuteczny zasięg około 600 metrów i na tę odległość potrafi zakłócać fale
mózgowe wybranej osoby. Jeśli promień jest silny, ofiara zaczyna po prostu
pleść androny. Jeśli użyjemy krótkiego i skoncentrowanego impulsu, możemy
wywołać u ofiary kompromitujące przejęzyczenia. Na przykład delikwent chce
powiedzieć, że Ziemia krąży wokół Słońca, a potraktowany promieniem chlapnie,
że Słońce wokół Ziemi, inny pomyli Australię z Austrią, a kolejny wygłupi
podczas śpiewania hymnu. Pewnie większość „buszyzmów” generowana była właśnie
w ten sposób.
–Co pan w takim razie proponuje kapitanie? Dyskretnie
obserwować polityków, by wyłapać dowcipnisiów z tymi skrzyneczkami?
Ziomkiewicz wzruszył ramionami
–Nie mamy tylu ludzi, żeby dawać obstawę każdemu
politykowi, który zaczyna gadać głupoty.
Pułkownik pokiwał głową, to szczera prawda.
–Pilnować paru tysięcy osób? Obstawiać teren
w promieniu pół kilometra? To by było marnowanie publicznych środków. Zresztą
tych urządzeń jest w kraju najwyżej tuzin, to cholernie drogi sprzęt z importu.
Części robione na zamówienie w jakichś sekretnych laboratoriach naukowych.
Prawdę powiedziawszy, nie wiem, co możemy na to poradzić. Tym bardziej, że
zawsze będziemy w defensywie. Nie sposób przecież zgadnąć jakiego newsa sobie
jutro wymyślą: kocią grypę, kradzież czterech pancernych limuzyn prezydenta
Saakaszwiliego, czy masowe protesty muzułmanów, gdy znowu podrzucą na odpowiednie
fora internetowe jakąś wyjętą z kontekstu wypowiedź papieża.
–Chryste! – pułkownik powoli zaczynał uświadamiać
sobie z czym mają do czynienia.
–Nie jesteśmy oczywiście całkowicie bierni.
Włamaliśmy się do paru baz danych, założyliśmy pluskwy tu i tam, przeprowadziliśmy
parę cichych rewizji. Trafiliśmy również na ślad paru przygotowywanych już
zawczasu kaczek dziennikarskich. Niektóre ocierają się o grubszą prowokację.
Podsłuchy założone w pewnej dobrze nam znanej redakcji wykryły, że na tegoroczny
sezon ogórkowy szykowana jest następująca bomba: opublikowany zostanie tajny,
oczywiście spreparowany raport (co łatwo zrobić, bo nie jest to dokument oficjalny),
pochodzący rzekomo z biura doradców premiera. Raport będzie zawierał sekretny
plan, jak zapewnić prezydentowi możliwość sprawowania urzędu przez cztery
kolejne kadencje.
–??
–Po upływie dwóch kadencji do walki o fotel
głowy państwa stanie premier, a po zwycięstwie powierzy misję sprawowania
rządu byłemu prezydentowi. Po czym, po niewielkiej charakteryzacji obaj zamienią
się miejscami, licząc, że i tak nikt się nie zorientuje. To samo powtórzy
się w czwartej kadencji. W ten sposób bez żadnego naginania prawa prezydent
będzie mógł rządzić 20 lat. Wyobraża pan sobie, jaki jazgot podniesie się
w mediach po ujawnieniu tej „sensacji”? Przez miesiąc będą mogli wyzywać
naszych ukochanych przywódców od „dyktatorów”.
–Perfidia. – tym razem i pułkownik nie zdzierżył.
Sosnowe biurko zajęczało płaczliwie, nie wiedząc czemu jest bite.
–Ale po tym wszystkim, co się działo przez ostatni
rok ludzie mogą uwierzyć i notowania rządu znowu spadną. A oto przecież chodzi.
–Wykryliście jakieś powiązania z obcymi służbami
specjalnymi? Taka destabilizacja byłaby na rękę niektórym naszym sąsiadom
– pułkownikowi nie wiedzieć czemu stanęła przed oczami afera z czeskimi flagami,
za którą swego czasu solidnie obrugał paru swoich podwładnych.
–To bym raczej wykluczył. Rzecz jest zbyt grubymi
nićmi szyta. Wywiady nie pracują w ten sposób. Podstawą działania każdych
służb jest maksymalne utajnienie przeprowadzanych operacji, dlatego nikt
nie będzie ryzykował zabawnych kryptonimów i żartów słownych. Prosty przykład:
proszę przeczytać od tyłu nazwisko obecnej kanclerz Niemiec, Angeli Merkel
przerzucając końcowe „el” na początek.
Pułkownik wziął do ręki kartkę i ołówek, nie
czuł się bowiem zbyt mocno w słownych szaradach i wolał sobie rzecz całą
zwizualizować.
–Krem-el
–Tak, KremL. – Ziomkiewicz zaakcentował ostatnią
literę – Stąd właśnie wiemy, że to na pewno nie jest robota naszych sąsiadów
ze wschodu. Nie, takie sztubackie żarty trzymają się tylko ludzi całkowicie
nieodpowiedzialnych: studentów i dziennikarzy. Nikt, komu zależy na dyskrecji,
nie zmontuje przecież w Polsce afery z udziałem ludzi, którzy nazywają się
Długosz i Jagiełło. Toż każde dziecko w szkole będzie boki zrywać.
–Kogo pan w tych sprawach podejrzewa?
–A która gazeta u nas bawi się w takie gierki
słowne?
Pułkownik ze zrozumieniem pokiwał głową.
* * *
Film dobiegł końca. Pułkownik wyłączył magnetowid.
–Jak pan widzi, panie prezydencie mamy do czynienia
z globalną ośmiornicą oplatającą swymi mackami cały świat, manipulującą rządami
i politykami, kreującą wydarzenia. Zupełnie amoralną. Gotową zabijać lub co
gorsza ośmieszać, byle tylko mieć krzykliwy news. Bóg jeden wie jak potężną
i jak głęboko sięgają jej macki.
Prezydent nie zastanawiał się długo.
–Trzeba z tym skończyć! – powiedział twardo.
Warszawa, luty 2007
Sławomir Dzieniszewski
Melbrinionersteldregandiszfeltselior
Góra strony